Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Felieton. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Felieton. Pokaż wszystkie posty

Apel do społeczeństwa: Szanujcie super samochody!

by on 4/10/2019
     Patrząc na zachowanie niektórych osób zastanawiam się gdzie ewolucja popełniła błąd, bo chyba cofamy się w rozwoju zamiast rozwijać.

     Będąc na różnego rodzaju premierach, targach, zlotach czy nawet na ulicy wśród super samochodów można zaobserwować pewne masowo występujące zjawisko - ludziom odpierd**a. To co niektórzy są w stanie zrobić dla wstawienia na Facebooka czy Instagrama zdjęcia z podpisem "moja nowa bryka" lub "taki właśnie sobie kupiłem" przechodzi ludzkie pojęcie. Ja rozumiem, że w otoczeniu samochodów za kilka milionów złotych można trochę stracić głowę, bo towarzyszą temu specjalne emocje. Sam kilka razy miałem tak, że na widok jakiegoś samochodu miałem ciarki na całym ciele, ale nigdy nie posunąłem się do tak desperackich kroków jak nasza kochana społeczność.
     Przy tym zjawisku nie trzeba przeprowadzać, żadnych ankiet czy skomplikowanych badań.
Wystarczy postawić super samochód na ulicy i czekać. Podam Wam za przykład ostatnie targi w Poznaniu. W odległości kilkuset metrów, czyli obrębie pozostającym wciąż na terenie MTP można było zaobserwować masową kumulację debili, chamów, prostaków i ludzi z brakami w wychowaniu (tak, autokorekta dobrze mi podpowiedziała, z burakami). Przechodząc z jednej hali do drugiej zauważyłem, że za barierkami w towarzystwie Bentleya Continetala stoi czarny Huracan Performante. Piękna konfiguracja z miedzianymi (może to złoty) felgami. Skoro auto stoi za barierkami to łatwo się domyślić, że nie można ich przekraczać. W ciągu 10 minut, gdy stałem tam, aby zrobić zdjęcie (wyjątkowo trudne w takim zbiorowisku małp) 6 osób przeszło za barierki, aby dotknąć samochód. Zaczęło się od ojca (brzuszek piwny, około 45 lat, standardowo koszula w kratkę, ale nie oceniajmy), który przerzucił swoich dwóch synów przez barierki. Widać od razu, że dzieci o wychowaniu nie słyszały, bo jak dzikie zwierzęta rzuciły się na maskę Huracana. Klepią, siadają, dotykają szyby. Ostatecznie ojciec każe im ustawić się przy aucie i trzymać je jedną ręką. Przecież będzie taka fajna fotka. Ciotka z wujkiem ucieszą się, gdy zobaczą ją na Facebooku. Myślę sobie okej, to tylko dzieci, więc wina rodziców. Gdy wesoła rodzinka odchodzi przychodzi chłopak, lat 20 parę. Co robi? To samo co te kilkuletnie dzieci. Tutaj już ręce opadają, bo niby dorosły człowiek. Ale zaraz zaraz, mamy lepszego zawodnika. Typowy Janusz zbliża się do barierek i myk przestawia jedną. Szybciutko jest koło auta i Grażyna cyka fotkę. Będzie do albumu, a że przy okazji zmacał maskę? Co to kogo obchodzi. W między czasie były jeszcze 3 takie incydenty. Ktoś powie "trzeba było uwagę zwrócić, a nie teraz wypisujesz w Internecie". Masz rację, zawróciłem, trzy razy. Ojciec dzieci o mało mnie nie pobił jak śmiałem się odezwać, a reszta przeszła obojętnie.
     Idziemy dalej. Na końcu drogi stoi Rolls Royce. Jak wiemy jego wartość sięga kilku milionów złotych i jest to synonim luksusu. Chcesz mu zrobić ładne zdjęcie? Zapomnij! Chyba przyjechała jakaś wycieczka, bo wokół auta z 30 osób. W tym jeden Pan lat około 80 laską uderza po drzwiach i błotnikach. Tu sobie lusterko dotknie, tu znaczkiem pobawi. "Chodź zrobimy sobie zdjęcie" woła mąż do żony. Jasna sprawa, tylko po co siadać na maskę? Zawsze można podejść z dzieckiem na rękach, które jak to małe dziecko macha nogami, bo się nudzi. Szkoda tylko, że każde machnięcie trafia prosto w błyszczący lakier Rolls Royca. Oczywiście, to dziecko nie jest niczemu winne i nie mam do niego pretensji, ale do rodzica mam już jak najbardziej. To on odpowiada za swoją pociechę.

     Najlepsze na koniec. Naprzeciwko wystawy Audi Q8 e-tron stały dwa McLareny 720S. Piękne samochody z aktywną aerodynamiką. No właśnie, jeśli jest aktywna aerodynamika to jest również wysuwany spojler. Tego przeżyć nie mogłem i żałuję, że nie zrobiłem zdjęcia albo nie nagrałem filmu, ale musicie mi uwierzyć na słowo. Chłopak około 7-9 lat podchodzi do McLarena, który jest zaparkowany i ma wysunięty na maksa spojler. Normalnie popatrzyłbym i odszedł, ale nie ten osobnik. Chłopiec wiesza się (podciąga) na spojlerze, po czym zaczyna nim ruszać góra dół. Szarpie tak przez kilkanaście sekund, aż wyszedłem z szoku i zwróciłem mu uwagę. Reakcja była natychmiastowa i dziecko zrozumiało, że zrobiło źle, ale rodzic (ojciec) zamiast wytłumaczyć dziecku jego złe zachowanie to startuje do mnie z krzykiem. Nie wiem ile takie dziecko może ważyć. 30 kg? Nie zależnie od swojej masy może uszkodzić taki spojler, a gdyby rodzice mieli zapłacić kilkadziesiąt tysięcy euro za naprawę to może by się nauczyli.
     Takich przykładów można podawać więcej. Na przykład sytuacja z Warszawy, gdzie dwie "kobiety" robiły sobie zdjęcia na bagażniku BMW M2. To już jest szczyt i należy walczyć z takim zachowaniem. Ktoś powie "ale nic się nie stało". Tylko pozornie, może tym razem. Za każdym razem, gdy ktoś siada na maskę, dotyka lakieru to go rysuje. O ile auto jest pokryte folią to straty można oszacować na kilkanaście tysięcy złotych, ale gdy na przykład carbonowy element się wgniecie to trzeba go wymienić, a to już tysiące euro. Ludzie nie myślą o podstawowej sprawie - te auta są czyjąś własnością. Wiadomo, że kupno super samochodu to pewnego rodzaju zgoda na publiczne zwracanie na siebie uwagi, ale nikt nie mówi, że ktoś będzie niszczył to na co ciężko zapracowałeś.
     Ludziom, którzy przyjeżdżają super autami na eventy zależy na dzieleniu się swoją pasją z innymi. Nie było by z tym problemu, gdyby otoczenie potrafiło się zachować. Wcale nie dziwię się, że niektórzy trzymają auta pod kocem w garażu. Sam, gdybym miał takiego Huracana to na targi przyjechałbym zwykłym autem typu Opel Astra, bo szkoda byłoby mi narażać auto za milion złotych na takie zmasowane ataki tłumu. Myślałem, że minęły już czasu robienia sobie zdjęć przy autach i podpisywanie ich jako swoje. Myliłem się niestety, to zjawisko dalej istnieje i ma się coraz lepiej. Jedynym sposobem na walkę z tym jest zwracanie uwagi i pociąganie do odpowiedzialności za wyrządzone szkody, choć to drugie jest prawie, że niemożliwe. Niemniej jednak mam nadzieję, że chociaż jedna osoba po przeczytaniu tego tekstu zmądrzeje. Taki apel do społeczeństwa.

Foto. Wokół Motoryzacji, No to Siup - Sebastian Rudnicki, promomoto.pl

Wypadki, normy spalin i systemy bezpieczeństwa - czyli o roli Unii Europejskiej w motoryzacji

by on 3/13/2019
     Czy zmiany wprowadzane przez Unię Europejską idą w dobrym kierunku i nie cofają naszego rozwoju? Mam pewne wątpliwości...

     Rocznie w Polsce w 32 tysiącach wypadków ginie około 3 000 osób i 40 000 zostaje rannych. W Unii Europejskiej jest to już ponad 25 tysięcy zabitych w ciągu roku, a nasz kraj zajmuje w rankingu najmniejszej liczby wypadków niechlubne końcowe miejsca. Do tego dochodzi ponad 400 000 kolizji i otrzymujemy statystyczny podgląd na sytuację. Same liczby nie za wiele nam mówią, gdyż ciężko sobie je wyobrazić. 40 000 osób może mieszkać w średniej wielkości mieście, a 3 000 to liczba mieszkańców jednej z jego dzielnic. Wyobraźmy sobie teraz, że wszyscy ci mieszkańcy zostają ranni, a cała dzielnica ginie. Jest to odczuwalne? Oczywiście, że tak, bo mówimy o ludzkim życiu. Zatem co zrobić, aby zmniejszyć te dane jeszcze bardziej? To pytanie zadają sobie od lat politycy zasiadający w Parlamencie Europejskim i wprowadzają nowe obowiązkowe wyposażenie do samochodów, które ma poprawić nasze bezpieczeństwo. Jednak czy to tak naprawdę pomaga i jakie systemy wprowadzone na listę standardowego wyposażenia mogą faktycznie wpłynąć na liczbę wypadków? Zastanówmy się w ogóle czy problem są samochody, a może kierowcy siedzący za kierownicą.
     Nie da się ukryć faktu, że władzę nad pojazdem ma człowiek i to on nad nim panuje i za niego odpowiada. Nowoczesne systemu bezpieczeństwa przejmują część naszych obowiązków i nas wyręczają, a my otrzymujemy przetworzoną informację zwrotną. Część z nich jest w stanie częściowo zapanować nad samochodem, gdy zostanie wykryte potencjalne niebezpieczeństwo. Jednak zawsze ostateczny ruch należy do kierowcy. System monitorowania martwego pola to już standard w wielu samochodach i jest to jeden z najbardziej przydatnych systemów jakie możemy znaleźć na pokładzie auta. Mimo to nie ma go na liście standardowego wyposażenia, dlaczego? Aktywny tempomat z funkcją czytania znaków - podnosi zdecydowanie poziom podróżowania i pozwala łatwiej kontrolować ograniczenia prędkości. Również nie jest obowiązkowy. System wykrywania pieszych i rowerzystów - zapomnijcie, nie w najbliższym czasie. A co Unia chce wprowadzić? Odczytywanie znaków wraz z automatyczną blokadą prędkości do odczytanej wartości. Rozsądne posunięcie?
     W teorii tak, gdyż najzwyczajniej w świecie nie będzie dało się przekroczyć prędkości, a to znacząco wpłynie na statystyki, wpływy z mandatów i oczywiście bezpieczeństwo, bo statystycznie to najczęstsza przyczyna zdarzeń drogowych. Jednak rzeczywistość może zweryfikować ten system bardzo szybko. Co z tego, że nie będziemy mogli szybko jechać jeśli większość kierowców nie potrafi prowadzić samochodu przy przepisowej prędkości. Kluczowym elementem w całej tej układance są umiejętności osób zasiadających za kierownicom. Dlaczego więc Unia Europejska zamiast pakować do samochodów kolejne systemy ograniczające ich możliwości nie zainwestuje w szkolenia kierowców zawarte w kursie na prawo jazdy lub ten później jako element doszkalający? Nikt nie gwarantuje, że wpłynie to w 100% na poprawę bezpieczeństwa, ale w przypadku wprowadzania każdego nowego systemu istnieje ryzyko niepowodzenia.
     Jeśli jesteśmy już przy temacie Unii Europejskiej to warto poruszyć kwestię "norm emisji spalin", choć to temat na osobną książkę albo i trzy. Właśnie mamy idealny przykład zabicia motoryzacji przez wprowadzanie zbyt rygorystycznych przepisów. Mowa o Infiniti, czyli marce luksusowych samochodów należącej do Nissana, która do 2020 roku zniknie całkowicie z rynku europejskiego. Powód? Nie opłaca się. Sprzedaż nie jest wystarczająca, a wprowadzane od przyszłego roku przepisy wymagają kosztów, które nie zostaną spłacone w wystarczająco szybkim czasie. W Polsce sytuacja jest w trakcie "negocjacji", gdyż jesteśmy na pograniczu zachodnio-europejskim, a to właśnie stamtąd wycofuje się firma i w dodatku uzyskujemy wysokie wyniki sprzedaży w porównaniu z innymi krajami. Europa tak na prawdę sama ogranicza się przychodów z tytułu cła, podatków i innych należności wpłacanych do budżetu, a problemu zanieczyszczenia nie rozwiązuje. Po co to wszystko? Poza tym, że najwięcej zarobi na tym Ameryka, bo tam opłaca się inwestować w SUVy z dużymi silnikami to nie wiadomo po co takie rzeczy patrząc racjonalnie. Smog był, jest i będzie, bo źródło istnieje dalej, a wprowadzanie elektryków np. w Polsce, gdzie zasilane są prądem z elektrowni węglowych jest hipokryzją i absurdem.
     Nadzieja na poprawę sytuacji w zakresie przepisów istnieje tylko w przypadku wymiany rządzących na całkowicie nowych ludzi, jednak nie zapowiada się na takie zmiany. Wobec tego jesteśmy skazani na ograniczanie nam kontaktu z zabijaną motoryzacją i jazdę elektrykami, które przez pochodzenie prądu zatruwają jeszcze bardziej środowisko. Logika Unii Europejskiej polega na tym, że nie inwestuje wystarczających środków w infrastrukturę, która pozwoliłaby na wprowadzenie zmian umożliwiających szybkie i skuteczne przeprowadzenie "elektrycznej rewolucji". Oczywiście, widać postęp w tym zakresie, ale zanim uzyskamy zadowalające efekty miną długie lata, a firm, które pójdą śladem Infiniti będzie więcej. Może wydawać się, że to nic wielkiego. Przecież to tylko jedna firma, ale dla ludzi, którzy pracują w fabryce w Wielkiej Brytanii jest to spory kłopot, gdyż tracą pracę tylko dlatego, że kilku polityków podniosło rękę za przegłosowaniem ustawy. Ot taka niesprawiedliwość świata. Dodajmy do tego Brexit i idące za tym duże prawdopodobieństwo zamknięcia kilku następnych fabryk zajmujących się produkcją samochodów, a na rynku zapanuje chaos. To są te zmiany na lepsze.
     Oczywiście nie mówię, że elektryki to zło, a jedyny porządny silnik to Diesel 1.9 TDI albo 6-litrowe V12. Nic z tych rzeczy, ale mam wrażenie, że przez nieudane przepisy i restrykcje cofamy się w rozwoju zamiast iść na przód. Choć zawsze będę fanem V8 i jego pięknego dźwięku to elektryki traktuję jako coś nowego wartego uwagi, a nie jako dodatek i mało interesujący produkt. Zastanawia mnie jak będzie wyglądać motoryzacja za 10 - 20 lat, kiedy to nasze dzieci będą wychowywać się i poznawać motoryzacyjny świat zaczynając od elektryków. Ciekawe co wtedy będzie najbardziej się liczyć? Wielkość baterii czy jak najcichszy przejazd przy 70 km/h poza terenem zabudowanym oczywiście. W końcu konkursu na najgłośniejszy wydech na zlocie nie zobaczymy, więc trzeba będzie znaleźć sobie inne zajęcie.

Foto. materiały prasowe producentów

SUVy mogą mieć taki sam sens w mieście jak i w terenie

by on 3/06/2019
     Kupić SUVa i nigdy nie pojechać w teren to praktycznie w grzech, ale w mieście może być on równie użyteczny jak w błotnistym lesie.

     Ogólnie występuję w opozycji do SUVów i wszystkich pseudo uterenowionych samochodów, które nigdy nie zjadą z drogi asfaltowej, a ich rola ogranicza się do zapewnienia kierowcy poczucia wyższości na drodze. Wśród aut terenowych wzorem dla mnie jest Mercedes G klasa i większość Land Rowerów, bo można przebierać w zależności od potrzeb i budżetu, choć ten i tak musi być duży. Tak jest zazwyczaj, bo będąc ostatnio świadkiem pewnej sytuacji zmieniłem trochę zdanie, ale tak naprawdę nie wiem czy to wystarczy by pokochać SUVy? Co najwyżej mogę niektóre z nich polubić, a z kilkoma się zaprzyjaźnić mniej lub bardziej. Reszta pozostanie bez zmian chyba, że... No właśnie. Znajdzie się solidne uzasadnienie ich istnienia, a wszystkie aspekty, które sprawiają, że mam o nich złe zdanie zostaną wyeliminowane. Tutaj wkraczają producenci, którzy powinni słuchać klientów, ale czy Ci narzekają skoro kupują ich auta?
     Będąc ostatnio w jednym z dużych polskich miast byłem świadkiem następującej sytuacji. Stojąc na przystanku tramwajowym, aby zaoszczędzić czas na przemieszczaniu się po centrum miałem świetny widok na sporych rozmiarów skrzyżowanie. Jak to bywa w wielkich miastach, otaczające mnie samochody były z segmentu premium. Mam tu na myśli marki takie jak BMW, Audi czy Mercedes. Oprócz tego stało kilka innych, mniej luksusowych samochodów, które również czekały na zielone światło. Kluczową rolę odegrają tutaj trzy samochody i choć tak naprawdę podane marki i modele są tutaj najmniej istotne, a ich wymienienie nie ma na celu podkreślenia wad konkretnego producenta to warto o nich wspomnieć. Były to kolejno Audi Q7 (2018), BMW 530d xDrive oraz Mercedes E200. Samochody te niespecjalnie wyróżniały się na drodze, gdyż wszystkie były w kolorze czarnym, a stojąc na światłach nie miały jak zaprezentować swoich możliwości. Do czasu...
     W pewnym momencie panujący dokoła gwar codziennego życia został przerwany przez przeraźliwie głośny sygnał syreny alarmowej pogotowia ratunkowego, które nadjeżdżało zza stojących samochodów klasy premium. Pech chciał, że była to droga stosunkowo szeroka, ale nie na tyle, aby zmieściły się tam dwa samochody i karetka. Po obu stronach był dosyć wysoki krawężnik, na którego najechanie nie byłoby niczym przyjemnym, ale jakoś trzeba ustąpić miejsca karetce. O ile część ze stojących na samym przodzie samochodów rozjechała się na boki, gdzie było przejście dla pieszych, tak nasi przedstawiciele klasy wyższej mieli problem. W akcie desperacji kierowca BMW wjechał na pas zieleni i przejechał przez krawężnik. Decyzja prawidłowa, bo ustąpić karetce trzeba, ale dźwięk jaki wydał samochód przy zjeżdżaniu z pasu zieleni ewidentnie zasugerował wizytę w serwisie na oględzinach, bo plastikowo-metaliczny dźwięk brzmiał podobnie do pękających elementów zderzaka i tarcia miską olejową. Może i by do tego nie doszło, gdyby kierowca nie najechał w dosyć dziwny sposób tak, że auto całe się pokrzywiło i przybrało dziwną pozycję. Kierowca Mercedesa miał mniej szczęścia i nie udało mu się wjechać na krawężnik, a jedynie otarł się o niego felgą, blokując praktycznie przejazd. Za to kierowca Audi, który reprezentuje segment SUVów nie miał żadnego problemu wjechać na pas zieleni i całym autem na nim stanął, więc karetka bez problemu przy nim przejechała. Samochód potraktował krawężnik jak przeszkodę, która nie istnieje i spokojnie usunął się z drogi.
     W tym porównaniu nie chodzi o to, aby pokazać, która marka jest lepsza. Nie chodzi też o to, aby zestawiać te samochody ze sobą, bo porównanie SUVa i limuzyny nie ma żadnego sensu. Ta sytuacja pokazuje za to, że czasami SUV przyda się nawet w mieście i właśnie tam możemy docenić jego terenowe właściwości. Proste zdarzenie, które może nas spotkać każdego dnia, a mając samochód o podwyższonym zawieszeniu ułatwiamy sobie i innym sprawę. Nie zachęcam nikogo do kupowania Q7, bo jak wiemy to auto wymagające naprawdę dużego budżetu i kto może sob na taki samochód pozwolić to zapewne go już ma. Jednak chciałbym zwrócić uwagę na fakt, że nie zawsze powinniśmy kierować SUVy czy Crossovery do lasu albo na bezdroża. Prawdziwy test dla przeciętnego użytkownika będzie właśnie w mieście w takich sytuacjach. Oczywiste jest, że lepiej jeździć po błocie i bawić się w terenie, ale może producenci powinni odpuścić sobie reklamowanie ich samochodów jako terenowych mocarzy i skupić się na przełożeniu tych właściwości na miasto? Kto będzie chciał to kupi G klasę i pojedzie nią zarówno w teren jak i do miasta, bo jest to w miarę uniwersalny wbrew pozorom samochód, ale większości nie stać na takie samochody, a reklamowanie podwyższonego kombi jako samochodu terenowego również nie ma sensu.
     Można się spierać, że branie za przykład serii 5 i stawianie jej obok Q7 to debilizm. Można, ale chodzi o sam fakt, a w miejscu serii 5 może być na przykład KIA Cee'd. Choć mnie osobiście SUVy nie przekonały do siebie jeszcze wystarczająco to chciałbym sprawdzić jeden dowolny tego typu samochód przez dłuższy czas. Tak, aby postawić się w sytuacji przeciętnego kierowcy w mieście, ale też móc sprawdzić auto jako wóz dla maniaka jazdy terenowej. Nasuwa mi się jeszcze jedno pytanie na język. Czy któryś z producentów przy projektowaniu swojego uterenowionego samochodu skupił się tak naprawdę na stworzeniu samochodu pod teren, a nie tylko na zysku? Na to pytanie nie uzyskamy jasnej i klarownej odpowiedzi, ale być może któryś z producentów podzieliłby się taką informacją?

 Foto. materiały prasowe producentów

Czy to czas ostatnich prawdziwych samochodów?

by on 2/27/2019
     Wiele wskazuje na to, że możemy być świadkami ostatnich normalnych targów w Genewie ze względu na premiery. Później nastąpi era kartonów mleka i elektryków, a V12 umrze ostatecznie.

     Downsizing - w motoryzacji zastępowanie większego układu napędowego mniejszym (o mniejszej pojemności czy mniejszej liczbie cylindrów) o tych samych parametrach osiąganych dzięki takim podzespołom jak turbosprężarka czy kompresor, albo zastosowaniu takich technik jak zmienne kąty rozrządu czy bezpośredni wtrysk paliwa o wysokim stopniu sprężania. Tak brzmi definicja tego pojęcia prosto z wszechwiedzącej Wikipedii. Wiecie co najbardziej przeraża mnie w tej definicji? Słowo "zastępowanie", bo słyszę i widzę je coraz częściej przeglądając wiadomości ze świata motoryzacji, informacje prasowe czy plotki o domniemanych samochodach. Z jednej strony idea jest słuszna, bo walczy się z wysoką emisją, wysokim spalaniem, ale w praktyce okazuje się, że uzyskane rezultaty w ogóle nie spełniają oczekiwań, gdyż otrzymujemy efekt odwrotny do zamierzonego.
     Parę dni temu świat motoryzacji obiegła informacja, że podczas Geneva Motor Show, Mercedes ostatni raz zaprezentuje światu swój najwyższy model, czyli S z silnikiem 6.0 V12. Moja reakcja? WoW, ale nie w pozytywnym tego słowa znaczeniu, wręcz przeciwnie. WoW i opadła mi szczęka tyle tylko, że nie z zachwytu, a z niedowierzania, że Mercedes w swojej topowej limuzynie rezygnuje z najlepszego silnika jaki tylko mogli tam umieścić. Zrozumiałbym jeszcze zmianę na 5.0 V12, argumentując to tym, że te 6 litrów dużo pali to zmniejszmy trochę pojemność zostawiając przy tym klasyczny silnik V12. Nie tym razem, teraz czas na... No właśnie, na co? V10? Możliwe, chociaż mam obawy czy Mercedees pod naciskiem wszystkich "zielonych" nie pójdzie krok dalej, a raczej  krok niżej, czyli do V8. Moja wizja na nową "eskę" po downsizingu to V8 4.0 litra z dwoma turbosprężarkami i w opcji hybryda, która byłaby najmocniejszą odmianą. Czy tak będzie? Zobaczymy za mniej więcej 2 lata. Pocieszające jest to, że to nie koniec 6.0 V12 od AMG. Silnik dalej będzie produkowany tyle, że dla Maybacha i mniejszych producentów montujących go w konstrukcjach małoseryjnych. No dobra, ale co na to konkurencja? Spokojnie (albo i nie), chodzą plotki, że w nowej serii 7 będzie V8 zamiast V12. Zadowoleni? "Zieloni" na pewno, ale wątpię, aby którykolwiek motomaniak cieszył się z tego powodu.
     Jednak to nie wszystko. Kojarzycie W16 o pojemności 8 litrów od Bugatti? Kto choć raz słyszał ten silnik wie o czym mówię. Zapomnijcie jednak, że w nowym Bugatti go zobaczymy. Firma również rezygnuje z tej konstrukcji i najprawdopodobniej zobaczymy pod maską V12. Dobra, ale czy to wszystko jest nam potrzebne? Osobiście uważam, że nie. Powinien zostać wprowadzony pewien podział. Samochody sportowe powinny być objęte innymi regulacjami w zakresie spalania i emisji, które byłyby znacznie wyższe od norm dla zwykłych samochodów. Również wyniki podczas testów emisyjnych nie powinny być brane pod uwagę w zestawieniu ze zwykłymi samochodami, bo to dlatego producenci zmniejszają jednostki. Mają wymogi jaka musi być średnia emisja spalin wszystkich oferowanych modeli i pozbywają się tych najmniej korzystnych. Czysty absurd!
     Po drugiej stronie barykady są takie firmy jak Ford, który wprowadza do gamy V8 o pojemności 7.3 litra. Można? Oczywiście, że można, a nawet trzeba, bo takie ruchy mogą skłonić innych do podążania tą drogą. Ktoś zapyta "Co takiego wielkiego stanie się, jeśli zastąpimy V12 silnikiem V8, który będzie generować tyle samo, a nawet więcej koni?". Z pozoru nic, bo S klasa czy seria 7 (o Bugatti z W16 nie wspominając) to samochody niedostępne, nie tylko dla zwykłego zjadacza chleba, ale i wielu osób uchodzących za zamożne. Są to samochody, które sprawiają, że czujesz się ważny, nawet jeśli tylko siedzisz przez 15 minut w nim podczas wizyty w salonie. No właśnie, wchodząc do salonu Mercedesa, BMW czy Audi pewnie rzucisz się w pierwszej kolejności na sportowe samochody. Coś pokroju AMG GT R, M4 GTS czy R8 na pewno przyciągnie twoją uwagę, ale wsiądziesz, pobawisz się i pójdziesz. Wpadniesz fotkę, żeby znajomi zazdrościli i koniec zabawy. Gdy na salonie stoi S klasa, "siódemka" albo A8 to założę się, że wsiadając do środka docenisz komfort i luksus. Te samochody to rodzaj wynagrodzenia wszystkich trudów i przeciwności. Sportowe wozy to nagroda, bo można poszaleć trochę, pobawić się i zazwyczaj są szpanerskie. Z limuzynami jest inaczej. Nawet w wspomnianym salonie wsiądziesz, rozłożysz fotel i najchętniej nigdy byś nie wysiadł odcinając się od świata zewnętrznego. Dla większości z nas będzie to jedyna sposobność, aby zasmakować tego luksusu i o to w tym chodzi. To produkt ultra premium, a wprowadzenie V8 sprawi, że więcej będzie go łączyć ze zwykłymi samochodami, tatowozami (sam je popieram) i odejmie mu niezwykłość.
     Żeby nikt sobie nie pomyślał, że sprawa dotyczy tylko aut segmentu premium albo sportowych zabawek. Weźmy za przykład jedno z popularnych aut miejskich, którego nazwy nie podam. Silnik 1.2 o mocy około 75 koni. Samochód wyciąga trochę ponad 160 km/h według producenta, a przyspieszenie trwa... wieczność. Jednak jest to samochód miejski, który powinien czuć się jak ryba w wodzie podczas jazdy po polskich miastach. Samochód może i się czuje, bo faktem jest, że można nim wszędzie wjechać albo łatwo zaparkować, ale kieszeń właściciela? Nie jest źle, bo spalanie w okolicy 5,9-6,2 w cyklu mieszanym i 8 w mieście to nie najgorsze wyniki, ale to ponad litr więcej niż deklaruje producent, a auta segmentu wyżej mają takie same rezultaty, a nawet lepsze. Producent zapomniał jeszcze o jednym - napisać informację, żeby nie wjeżdżać na autostradę. 130 km/h, a silnik wypluwa ostatnie poty generując taki hałas, że chcąc czy nie chcąc musimy zwolnić, bo nie da się wytrzymać. Downsizing miał przyczynić się do zmniejszenia spalania i emisji, ale uzyskano odwrotne efekty kosztem mniejszej wytrzymałości silników. Po co nam to było?
     Dla pieniędzy, prosta odpowiedź. Na downsizingu zarabiają wszyscy. Od producentów, którzy wymieniają silniki (albo całe samochody) po 100-200 tysiącach kilometrów, po dostawców części, koncerny paliwowe czy mechaników. Zieloni się cieszą, bo niby bardziej eko, trawa bardziej zielona i więcej ptaków, ale tak na prawdę wszyscy wiemy, że jest jeszcze gorzej. Nie lepiej było zostawić większe silniki, które dłużej wytrzymywały i ulepszyć sprawdzony produkt? Biorąc pod uwagę ilość "śmieci" jakie powstają z tych nowych, nie trwałych jednostek to warto zastanowić się nad ich sensem. Co nas czeka w przyszłości? Opcje są dwie. Pierwsza to kolejna dawka ulepszenia i zmniejszania małych silników tak, aby zejść do poziomu 0.5 litra i 2 cylindrów. Druga to elektryki, które również nie idealne, są chyba lepszym rozwiązaniem, niż 2 cylindry w samochodzie. Teraz śmiejecie się i pukacie w głowę, że jak to 2 cylindry? Paręnaście lat temu byłaby podobna rekacja na 3-cylindrowe 0.9.
     Najbliższe targi w Genewie mogą być ostatnimi gdzie zobaczymy "normalne" samochody, choć i tak pojawi się dużo elektryków oraz silników o pojemności kartonu mleka. Może to czas, aby kupić nie koniecznie klasyka, ale jakiś porządny samochód i zachować go na złe czasy motoryzacji. Mam osobiście nadzieję na reaktywację większych silników i odwrotny trend do downsizingu z wykorzystaniem najnowszych technologii. Wiecie jaka jest największa wada elektryków? Cisza, bo osiągi mają dobre (np. Tesla), ale brak wywołania gęsiej skórki przez dźwięk odbiera sens zabawy. Osobiście polecam obserwować targi w Genewie, żeby zapamiętać co dobrego może nam dać motoryzacja. Chociaż z drugiej strony jak widzę zapowiedzi hybrydowego samochodu Lamborghini albo elektrycznego Ferrari to boję się patrzeć na te premiery, aby nie zejść na zawał. Elektryczne Ferrari? Kiedyś jedynie jako model w odpowiedniej skali dla dziecka, a dziś jako pełnoprawny pojazd z Maranello. Kwestią czasu wprowadzenie go do produkcji, a wtedy prosto do SUVa, żeby aktualne portfolio się zgadzało, podobnie jak stan konta i ilość sprzedanych egzemplarzy.


Foto. materiały prasowe producentów, pixabay oraz Geneva Motor Show 

Sens posiadania szybkiego samochodu w Polsce i radarowy biznes

by on 2/20/2019
     Sytuacja w Polsce z fotoradarami i ograniczeniami prędkości wygląda tragicznie, a działania w kierunku jej poprawienia są znikome. W efekcie stoimy w miejscu, a otaczają Nas nierozsądne ograniczenia. 

     Jadąc przez Polskę nie trudno odnieść wrażenie, że jesteśmy otaczani przez wszelkiego rodzaju kamery na sygnalizacjach świetlnych, fotoradary i policjantów czyhających w ukryciu aż popełnimy jakieś wykroczenie. Żeby nie pozostać gołosłownym zapraszam wszystkich niedowiarków na trasę Częstochowa - Piotrków Trybunalski. Na "Gierkówce" podczas ostatniego przejazdu naliczyłem około 5-6 skrzynek, nie wspominając o nieoznakowanych radiowozach. Do tego praktycznie ciągłe ograniczenie do 70 km/h z odcinkami po 50 km/h. Istny koszmar dla kogoś kto śpieszy się przejechać z Katowic do Warszawy lub z powrotem. Jakiś czas temu głośno było o "zbrojeniu" się Polskiej drogówki w nowe samochody KIA Stinger, a jeszcze wcześniej słyszeliśmy o BMW serii 3, z których to kilka skończyło marnie w pobliskich rowach, ale to temat na inny raz. Wszystko po to, aby ścigać piratów drogowych. Ale czy aby na na pewno słusznie? Czy to wszystko ma na celu poprawienie bezpieczeństwa na drogach i zmniejszenie liczby wypadków? A może jest zwykłą pogonią za pieniędzmi przez miasta i gminy, które w łatwy sposób mogą nareperować swój budżet?
     Zacznijmy może od statystyk, aby móc wyobrazić sobie skalę na jaką działają fotoradary i wszystkie urządzenia kontrolujące kierowców w Polsce. W 2018 roku zostało zarejestrowanych prawie 1 300 000 naruszeń przepisów. Wystawiono 432 tysiące mandatów dzięki fotoradarom, więc można założyć, że "zarobiono" na nich 216 000 000 złotych (zakładając mandaty po 500 złotych). Kwota robi wrażenie? Dodajmy do tego fakt, że "najskuteczniejsze" fotoradary były w stanie napstrykać zdjęć na kwotę ponad 10 milionów złotych. Mowa o jednym, pojedynczym urządzeniu, które po prostu pstryka zdjęcia. Do tego dochodzą kamery na skrzyżowaniach, które wyłapują wykroczenia i mierzą czas wjechania oraz opuszczenia skrzyżowania. Są jeszcze odcinkowe pomiary prędkości i oczywiście policjanci dzielnie stojący na straży prawa. Trzeba przyznać, że dosyć sporo tego wszystkiego, ale na pocieszenie GITD planuje kupić ponad 350 nowych urządzeń, jednak spokojnie, całkiem sporo liczba z nich zastąpi już działający sprzęt, aby po prostu wymienić go na nowszy i usprawnić działanie całego systemu.
     Odkąd w 2016 roku gminy straciły prawo do dysponowania fotoradarami i stawiania ich gdzie uznają to za stosowne (teraz robi to tylko Generalny Inspektorat Transportu Drogowego) zostało złożonych ponad 2 500 wniosków o dodatkowe fotoradary. Na szczęście lub nie szczęście tylko 30% jest rozpatrywanych pozytywnie, bo zdaniem "Warszawy" nie są potrzebne w większości zgłoszonych miejsc. Więc czy jest to działanie na korzyść kierowców i ich bezpieczeństwo? Nie byłbym o tym do końca przekonany. Być może wybiera się miejsca na nowe radary w taki sposób, aby przyniosły największy zysk, a nie chroniły w pewnym stopniu kierowców?Oczywiście nie udowodnimy tego w żaden sposób, ale wystarczy przez chwilę się zastanowić i pomyśleć jak działa ta "maszynka".
     Co zrobić jednak, aby poprawić rzeczywiście bezpieczeństwo na drogach i zmniejszyć liczbę wypadków? Oczywiście zmniejszyć w przełożeniu na rzeczywistość, a nie naciągane statystyki tak, aby na koniec miesiąca dostać premię za osiągnięty cel. Do zmiany jest cały system. Począwszy od szkolenia młodych kierowców na etapie kursu na prawo jazdy, gdzie powinno być raz a porządnie uświadomione zagrożenie płynące z niedostosowania prędkości do panujących warunków oraz własnych umiejętności. W dalszej kolejności powinny być organizowane kursy doszkalające dla kierowców z zakresu szybkiej, bezpiecznej i dynamicznej jazdy, czyli takiej jaka najczęściej jest wykorzystywana na drogach (przynajmniej powinna). Również częściowe dofinansowanie ze strony państwa lub specjalnie powołanej do tego celu organizacji zachęciłoby kierowców do udziału w takich szkoleniach, co znacząco wpłynęłoby na poziom umiejętności kierowania pojazdami przez nasze społeczeństwo. Różnego rodzaju akcje, spoty reklamowe czy inne tego typu działania może i dają jakiś skutek, ale na skalę kraju jest to raczej mały odsetek w skali problemu z jakim się zmagamy. Gdzie leży problem przez który nie możemy zacząć wdrażać programów szkolenia kierowców? W pieniądzach, bo tych jak zawsze w naszym kraju brakuje. Może trzeba przeznaczyć część pieniędzy z mandatów na taką akcję lub nie inwestować kolejnych 200 milionów w fotoradary, a środki same się znajdą.
     Fotoradarowy biznes kwitnie i ma się dobrze, bo wpływy rosną, statystyki w teorii się polepszają, więc wszyscy zadowoleni. Jednak nie ma to przełożenia na rzeczywistość, a to powinno być celem działania całego systemu. Współczesne samochody są coraz bezpieczniejsze, na ich pokładach możemy znaleźć systemy dbające o rzeczy, których nawet nie jesteśmy w stanie kontrolować jako kierowcy. Czujniki martwego pola, kamery dookoła pojazdu, aktywne tempomaty, kamery noktowizyjne czy asystenci zmiany pasa ruchu to wyposażenie standardowe już nie tylko w markach premium, ale w samochodach, które poruszają się w największych ilościach po naszych drogach. Mimo tego bardzo często wypadki przybierają dramatyczną formę w skutkach i giną ludzie. Choć można tworzyć jeszcze więcej systemów dbających o wszystkich podróżujących samochodami to ostatecznie i tak najważniejsze zdanie do powiedzenia ma człowiek i jego reakcja w danej sytuacji, zatem to właśnie ludzie powinni być odpowiednio szkoleni, aby zapobiegać wypadkom.
     Kupić obecnie samochód, który jest w stanie przekroczyć 200 km/h to nic trudnego. Nie potrzeba nawet w zasadzie wygórowanego budżetu i już możemy stać się posiadaczami samochodu będącego w stanie pędzić znacznie powyżej dozwolonych prędkości. No właśnie, dozwolone prędkości. Na ten temat można dyskutować godzinami, napisać pięć felietonów i wydać ze trzy książki, a wciąż będzie za mało, aby opisać zjawisko dziwnie i w nieuzasadniony sposób rozstawionych znaków z ograniczeniami prędkości. W wielu miejscach w Polsce dochodzi do sytuacji, że moglibyśmy spokojnie pojechać 90 czy 100 km/h i z taką prędkością jedzie większość kierowców, ale jednak jesteśmy zmuszeni zwolnić do przepisowych siedemdziesięciu. O ile na autostrady w Polsce nie możemy już tak bardzo narzekać, chociaż wciąż jest ich mało, a ograniczenia mamy jedne z wyższych w Europie to wciąż niewiele jest miejsc, gdzie można spokojnie pojechać "ile fabryka dała". Tak wiem, że to nielegalne, bo przepisy, bo niebezpieczne, ale ludzie, dajcie spokój. Czasami trzeba depnąć pedał do oporu, żeby poczuć prawdziwą radość z jazdy, szczególnie jak masz 500 koni pod maską. Oczywiście od tego są tory, ale to temat rzeka i tak niewygodny dla ludzi, że głowa mała. W Niemczech są autostrady bez limitu prędkości, ale czy jestem za wprowadzeniem takiego czegoś u nas? Szczerze powiem, że nie. Nie mamy odpowiedniej infrastruktury do tego i było by to zagrożenie. Wystarczy dozwolone 140 km/h i mniejsze kontrole nieoznakowanych radiowozów, a życie będzie piękniejsze. Oczywiście jeździmy tylko przepisowo ma się rozumieć.

Parkingi to zmora wielkich miast - Da się temu zapobiec?

by on 12/19/2018
     Miasto to dżungla. Najpierw walczysz o miejsce parkingowe jak o pożywienie, a potem odstraszasz innych drapieżników, żeby nie porysowali Ci samochodu. Właśnie tak wygląda typowy dzień w mieście.

     Miasta od lat borykają się z problemem miejsc parkingowych. Samochodów przybywa w błyskawicznym tempie, a miejsc na parkingi wręcz ubywa, bo trzeba budować sklepy, mieszkania i biurowce. Problem ten dotyczy większość miast w Polsce i na świecie, ale skala problemu rośnie wraz z wielkością miasta. Urzędnicy w wielu przypadkach stwierdzili, że rozwiązaniem problemu będzie podniesienie stawek za godzinę parkowania, co zdecydowanie zmniejszy ilość samochodów. Tak, to prawda, ale tylko w tym konkretnym miejscu, bo reszta pojedzie na inny parking lub skorzysta z tak zwanych "dzikusów". Jak wygląda sytuacja w Polskich miastach?
     Coraz więcej miast decyduje się na wprowadzenie stref zamkniętych, do których mogą wjechać tylko hybrydy i elektryki, więc konieczne jest pozostawienie większości samochodów poza ścisłym centrum. Tym samym rośnie zapotrzebowanie na parkingi, a to świetna okazja dla ich właścicieli, aby zarobić. Zmuszony do pozostawienia gdzieś samochodu kierowca zapłaci każdą kwotę tylko po to, żeby jego samochód nie został odholowany przez Straż Miejską. Jakość parkingów też pozostawia wiele do życzenia. Niejednokrotnie można spotkać się z sytuacją, że jest to kawałek placu w podwórku, którego nawierzchnia pamięta ubiegłe stulecie, a od tysięcy samochodów, które przewinęły się przez ten parking powstały góry i doliny jak w Zakopanym.
     Będąc już przy stolicy zimowego szaleństwa nie sposób nie wspomnieć o miejscowościach turystycznych. W okresie największej obecności turystów auta stoją dosłownie wszędzie, a niektóre parkingi podnoszą stawki nawet powyżej 15 złotych za godzinę! To jest dopiero koszmar, gdy chcąc odwiedzić polskie morze musisz zostawić 100 złotych dziennie w kieszeni parkingowego. Jednak wcale nie lepiej jest w Warszawie, Krakowie, Katowicach czy innych miastach, które nie słyną z atrakcji turystycznych.
     Jeszcze rok temu większość parkingów w większych miastach oferowała stawki za jedną godzinę postojową w wysokości 4-7 złotych w zależności od dnia i godziny oraz 2-5 złotych w mniejszych miastach. Oczywiście wszystko jest uwarunkowane poziomem ochrony parkingu, wielkością oraz czy jest to parking podziemny czy też nie. W tym roku przeżyliśmy prawdziwy boom cenowy. Dla przykładu jeden z Krakowskich parkingów podniósł stawki o 60% co w rezultacie dało cenę 6 złotych za dzień powszedni i 8 złotych za weekend oraz święta. Opłata za cały dzień (liczone powyżej 9h w weekend) to aż 70 złotych. Rok wcześniej za 35 zł była cała doba parkowania. Jednak w tym przypadku nie ma co narzekać na jakość usługi, gdyż jest to parking podziemny i stosunkowo nowy, więc żadne warunki atmosferyczne nie stanowią zagrożenia dla naszego samochodu, a jego lokalizacja jest na tyle dogodna, że blisko do ścisłego centrum.
     Jeśli znajdą się odważni na parkowanie w miejscach niedozwolonych np. trawnikach, miejscach wyznaczonych dla mieszkańców to kary za takie wykroczenie niejednokrotnie przekraczają kilkaset złotych, a straconego czasu poświęconego na odzyskanie samochodu nic nie zrekompensuje. Ciekawe są również parkingi lotniskowe, które słyną z wysokich stawek od lat. Chociaż tutaj mogę przytoczyć przykład z życia, kiedy to za pozostawienie samochodu na lotnisku w Balicach na okres 21 dni przyszło zapłacić 280 złotych. Może wydać się to ogromną kwotą, ale jeśli obliczymy kwotę za jeden dzień to wynosi ona 13,33 zł i lotniskowe parkingi okazują się nie takie drogie. Skąd więc ta zła sława? Owszem, gdy pozostawimy samochód na kilka godzin to uzyskamy rachunek podobny do tego w miastach, bo wszystko zależy od czasu. Gdzie jest więc sens tak wysokich opłat w miastach?
     Właściwie to dzieje się tak za sprawą ludzkiej chciwości i dążenia do "czystych miast". Podobno jeśli 1 godzina parkowania będzie droższa od biletu autobusowego to ludzie chętniej będą korzystać z komunikacji publicznej. Podobno, bo w rezultacie ciężko uwierzyć w dojście do upragnionego rezultatu. Chciwość prywatnych osób, do których należą parkingi to rzecz nieunikniona, bo to ich okazja na dodatkowy zarobek, ale ustalmy pewną granicę rozsądku. Gdy ktoś oferuje swój parking w pobliżu miejsca koncertu za kwotę 50 czy 70 złotych na czas trwania imprezy, a kawałek dalej jest ogromny parking na ponad 1000 samochód, gdzie można zaparkować za darmo to jest to nic innego jak szukanie naiwnych osób, które trafią tu z przydrożnej reklamy wprowadzającej w błąd, jakby był to parking zapewniany przez organizatorów.
     Być może czas najwyższy zorganizować protest przeciwko podnoszeniu cen parkingów? Skoro podnoszone są ceny paliwa, opłat drogowych, ubezpieczenie, a pensje praktycznie nie drgną to wyskubywanie kolejnych pieniędzy z kieszeni kierowców wydaje się nie na miejscu. Tym bardziej, że za niedługo będzie potrzebne więcej miejsc parkingowych ze względu na zielone strefy oraz zostaną wprowadzone dodatkowe opłaty dla starszych samochodów. Najlepszym rozwiązaniem chyba będzie korzystanie z nóg, którymi obdarzyła nas natura lub pozostanie w domu, bo włodarze ewidentnie próbują zniechęcić nas do pojazdów mechanicznych. Chociaż z drugiej strony, gdybyśmy nie używali samochodów spalinowych oraz elektryków to nie byłoby zysku z ich zakupu oraz paliw potrzebnych do ich zasilenia, a to szybciej czy później doprowadziłoby do braków w budżecie miast, gmin i państwa.

Foto. Pixabay

V8 poprawia humor na cały dzień!

by on 11/11/2018
     Zostało nam niewiele czasu, aby delektować się pięknym dźwiękiem V8 i móc od rana cieszyć się wspaniałym humorem. Czy to oznacza, że gdy motoryzację opanują elektryki to wszyscy będą chodzić w ponurych nastrojach?

     Dzień jak co dzień — nie zapowiada się nic szczególnego, co odbiegałoby od normalnego trybu życia. Ani radio nie trąbi o anomaliach pogodowych, ani ruch na ulicach nie jest inny. Po prostu zwykły poranek i zaczyna się nowy dzień. Stojąc prostopadle do ulicy i czekając, aż przejadą najbliższe samochody moją uwagę przykuwa Toyota Auris Hybrid w wersji kombi pełniąca funkcję taksówki. Przykuwa uwagę, bo jej prawie nie słychać. Pozostałe samochody odjechał, a taksówka jedzie w ciszy i gdybym nie spojrzał to mógłbym jej nie zauważyć. Wydaje mi się, że generowała mniej dźwięku niż ludzie idący po przeciwnej stronie ulicy. Za chwilę jednak spokój i cisza zostały przerwane...
     Jeszcze go nie widziałem, a już miałem ciarki na całym ciele i serce zaczęło bić szybciej tylko słysząc dźwięk. Na horyzoncie pojawił się Jeep i to nie byle jaki, bo Grand Cherokee SRT z V8 o pojemności 6.4 litra pod maską. Wyjeżdżając z bocznej ulicy kierowca pokusił się o pokaz możliwości nie oszczędzając zarówno pedału gazu, jak i paliwa. Nagle wszystko stało się nie ważne, bo gwiazdą stał się ponad 2 tonowy kolos na czterech kołach rozrywający poranną mgłę basowym dźwiękiem widlastej 8. To wystarczyło, aby wywołać uśmiech na mojej twarzy do końca dnia.
     Takie zostawienie w ciągu paru sekund pokazuje jak różne oblicza może mieć motoryzacja i jakimi priorytetami może się kierować. Z jednej strony mamy hybrydową taksówkę, która ma za zadanie zapewnić komfortowe warunki podczas jazdy w mieście i przynieść oszczędności taksówkarzowi poprzez swoją jednostkę napędową. Z drugiej strony staje terenowy potwór, który ma poradzić sobie zarówno na autostradzie, jak i poza utwardzonymi drogami oraz dawać frajdę na wyciągnięcie ręki. Ciężko na pierwszy rzut oka znaleźć znaczące podobieństwa między samochodami. W tym zestawieniu królują skrajności — ogromne spalanie Grand Cherokee ma się nijak do hybrydowego Aurisa, a w terenie Auris może służyć najwyżej za namiot pozostawiony przed wypadowym terenem. Samochody prezentują dwa całkiem różne światy i nie warto szukać nawet podobieństw, ale warto przyjrzeć się innej sprawie.
     Rasowe, piękne silniki ledwo trzymają się na rynku, a era turbo i elektryfikacji rozpętała się na dobre. Pytanie tylko, czy aby na pewno tego chcemy i jest to potrzebne? Samochód bez dźwięku jest jak kura bez jajek. No niby może funkcjonować, ale to nie to samo i czegoś brakuje. Sztuczne generowanie dźwięku to totalna porażka i gra nie warta świeczki, ale zastanówmy się co sprawia radość? Spokojna jazda elektrykiem w ciszy czy pomruk dobrego silnika o poranku? Ja wiem, że każdy ma inny gust, ale bardzo proszę, aby nie narzucać wszystkim downsizingu. Osobiście jestem przeciwnikiem tego rozwiązania, bo patrząc na trwałość 3-cylindrówek łapię się głowę. Jadąc do pracy w towarzystwie dobrej muzyki wprost z wydechu można zarazić się pozytywnym nastrojem na cały dzień i odczuć wyraźną poprawę samopoczucia. W przypadku hybryd i elektryków ciężko o taki efekt, choć dostępność mocy od samego dołu bywa imponująca i ma przewagę nad spalinowcami. Jednak nie to jest kluczem do szczęścia.
     Dlaczego nie mogą być wciąż oferowane silniki, chociażby o pojemności 2.0 w miejscu 3-cylindrowego 1.2? Ktoś powie, że to kwestia spalania i ekologii. Szkoda tylko, że wyniki i tak są sfałszowane, a te jednostki palą tyle samo. Być może to biznes, bo po 150 tysiącach kilometrów silnik nie nadaje się do niczego co było kiedyś nie do pomyślenia, ale czy ktoś musi zarabiać kosztem szczęścia innych? Sam chciałbym móc częściej delektować się dźwiękiem V8 czy V6 idąc ulicom, ale obawiam się, że od stycznia uzyskamy odwrotny efekt. Nie dość, że producenci pod presją Unii zmniejszają jednostki w autach to państwo polskie ogranicza dostęp do samochodów właścicielom firm, jednocześnie prowadząc do zmniejszenia swoich dochodów z tytułu akcyzy, która swoją drogą jest ogromna. Jednak to temat na inny felieton, o którym może kiedyś. Teraz czas udać się, wysłuchać ostatnich wielkich silników, zanim przejdą do historii.

Foto. Jeep Polska, Toyota Polska oraz Motors Gunaxin

Kierunek współczesnej motoryzacji cz.2 - Elektryki

by on 7/25/2018
Źródło
     Ssssssssssssssssssz... Właśnie przejechał koło Ciebie samochód elektryczny. Zauważyłeś? Nie?! Naprawdę niesłychane. A teraz? Łutututu bruuuuuuuum bruuuuuuuum od razu słychać, że to porządny silnik spalinowy, a na ulicy zapewne za takim się obejrzysz. No dobra, może moja próba oddania dźwięku samochodu w formie pisemnej nie była najlepsza, ale od czego jest YouTube i filmy.
Samochód elektryczny - Tesla Model S



Samochód spalinowy - Ford Mustang GT 2019



Coś bardziej cywilizowanego - Peugeot 208 1.2 Pure Tech



     Po tym jakże miłym dla ucha wstępie przejdźmy do meritum, ale dźwięki jeszcze do nas powrócą. Czy tego chcemy czy nie proces elektryfikacji motoryzacji trwa i nic tego raczej nie zmieni. Każdy producent szuka sposobu jak wsadzić silnik elektryczny lub jakąś jego namiastkę do któregoś ze swoich modeli. Jednym udaje się to w całkiem przyzwoity sposób, natomiast drugim, no cóż, nigdy nie będzie idealnie, a przynajmniej w najbliższym czasie.

     Główną przewagą samochodów elektrycznych nad spalinowymi są:
- koszty "tankowania"
- niska awaryjność
- ulgi na zakup*
- możliwość korzystania z wielu przywilejów, w tym wjazd do centrów wszystkich miast



     Przeanalizujmy jednak wszystko dokładnie. Koszty ładowania zależą od miejsca i sposobu. Najdroższe będą szybkie ładowarki, których cena za jedną kilowatogodzinę wynosi prawie 2 zł. Potem w hierarchii są wolne ładowarki z ceną 1,20, a na końcu domowe ładowanie siłą, które jest najtańszym sposobem. Oczywiście na ładowarkach publicznych dochodzą opłaty dodatkowe takie specjalna opłata powyżej wyznaczonego czasu. Żeby nie było tak kolorowo to trzeba taką ładowarkę znaleźć i o ile w dużych miastach jak Warszawa, Kraków czy Wrocław nie jest to wielki problem to w mniejszych miejscowościach już tak. W moim mieście (60 tysięcy mieszkańców) z tego co mi wiadomo jest tylko jedna ładowarka i to chyba tylko dla klientów oraz pracowników parku rozrywki. (Prawdziwe realia całego tego systemu znają sami użytkownicy, więc jeśli ktoś może to niech się wypowie 😄)



     Z wielu rozmów oraz wywiadów z użytkownikami, na przykład Tesli, nie słyszałem, żeby ktoś miał większe problemy z samochodem. Owszem, jakieś usterki się zdarzają, jednak wszystko zostało naprawione. Jednak tutaj pojawia się problem kto naprawi samochód. Mimo, że przybywa specjalistów w tym temacie to wciąż jest ich za mało. Ktoś powie, że pozostają autoryzowane serwisy. No dobrze, ale to już zależy od konkretnej marki. Na przykład serwis Tesli najbliższy jest w Berlinie, a nie każdy serwis danej marki specjalizuje się w modelach elektrycznych.



     Ulgi bardzo przyciągają ludzi do zakupów o ile takie w ogóle istnieją. W Polsce nie za bardzo możemy na takie liczyć, ale w krajach skandynawskich są bardzo wysokie, więc załóżmy, że to dalej plus. Oczywiście Polska robi wiele, aby zwiększyć liczbę elektryków na drogach i planowane jest wdrożenie specjalnych ulg dla wszystkich osób chcących dokonać takiego zakupu, ale to pozostaje  na razie "tylko" planem i czyjąś wizją.


     Przywileje to kwestia lokalnych samorządów, ale większość takie posiada. Wszędzie tam, gdzie wprowadzono zakaz wjazdu do miasta dla samochodów z silnikami spalinowymi elektryki (oraz inne ekologiczne źródła napędu) mogą bez problemu wjechać. Ponad to dochodzi zwolnienie z opłat parkingowych w wielu miejscach i możliwość jazdy bus pasami. Oprócz tego planowane są większe odpisy amortyzacyjne dla firm i zwolnienie z obowiązku akcyzowego.
     Wszyscy zdajemy sobie sprawę z faktu, że infrastruktura zarówno dróg jak i punktów ładowania w Polsce nie jest najlepsza, jednak zmierza w dobrym kierunku choć baaaardzo powoli. Potrzeba zdecydowanych kroków, aby zmienić zarówno stan dróg jak i chęć ludzi do zakupu elektryków oraz poziom infrastruktury. Oby rząd wziął się za to jak najszybciej. Przejdźmy jednak do samych samochodów.



     Przykładów na dobre, a wręcz idealne wykorzystanie potencjału elektryków namnożyło się nam ostatnio dosyć sporo. Jedna z najświeższych premier - Jaguar I-PACE. Świetne auto, które w końcu jest w stanie konkurować z Teslą, uznawaną od lat za najlepszą firmę zajmującą się elektrykami. Silnik elektryczny generuje 400 KM i 700 Nm, są to wartości, których nie powstydziłby się samochód sportowy. Przyspieszenie do setki w 4 sekundy i 8 dziesiątych sprawia, że tym samochodem możemy poczuć fun z jazdy. Sprawdzi się jako samochód na co dzień do jazdy po mieście albo nie za długich trasach autostradowych, ale również możemy wykorzystać jego potencjał, gdy chcemy pojechać nieco szybciej. Wizualnie samochód również jest całkiem "normalny" i nie epatuje swoją elektryczność tak, żeby odstraszać ludzi na ulicy. Można by powiedzieć, że w końcu znaleziono złoty środek pomiędzy elektryfikacją a samochodem użytkowym. Warto jednak przy tym dodać, że to dopiero początek i pojawia się coraz więcej ciekawych projektów. Dla przykładu może to być Audi e-tron, BMW iX3, Porsche Tycan czy coraz to nowe pomysły Tesli.

Źródło
     Dlaczego zatem nie przerzucimy się wszyscy na samochody elektryczne skoro mają tyle zalet i są przyjazne dla środowiska? Ano istnieje kilka podstawowych powodów. Po pierwsze pieniądze. Gdy nie wiadomo o co chodzi to chodzi o pieniądze i tak samo jest w tym przypadku. Z ropy naftowej żyje cały bliski wschód i Stany Zjednoczone. Gdybyśmy masowo przeszli na elektryczne samochody oznaczałoby to niemałe problemy dla gospodarek tych państw. Po drugie cena samych samochodów. Wersje elektryczne do najtańszych nie należą i nie każdego stać na taki samochód, w dodatku jest to dosyć młody "pomysł" i rynek wtórny jeszcze się nie rozwinął. Po trzecie nie wszędzie od razu idzie wdrożyć elektrykę. Weźmy dla przykładu statki czy samoloty pasażerskie. Potrzeba lat i wielu badań, aby znaleźć sposób na wydajne baterie oraz szybkie ładowanie (najlepiej odnawialne na bieżąco).

Źródło
     Czy na pewno samochody elektryczne są "eco-friendly"? To jest moment, w którym dochodzi do małego konfliktu interesów. Samochód elektryczny posiada baterie, które ładujemy na specjalnej stacji lub z gniazdka elektrycznego w domu. Skąd tam wziął się prąd? Są w zasadzie dwie możliwości. Pierwsza to źródła przyjazne środowisku takie jak solary, farmy wiatrowe czy przetwórstwo biogazu. Teoretycznie każdy może zaopatrzyć się w solary czy wiatrak i produkować energię. Teoretycznie, bo to nie jest takie łatwe jakby się wydawało. Potrzebne jest miejsce, pozwolenia, opłaty, pieniądze i czas. Drugi sposób na energię w gniazdku, z którego korzysta większość to zewnętrzny dostawca prądu, który prąd posiada z elektrowni. Czym jest zasilana elektrownia? Najczęściej węglem emitującym niekorzystne dla środowiska związki. Owszem, rozwija się infrastruktura farm wiatrowych, elektrowni wodnych czy farm paneli słonecznych jednak jest ona na niewiele lepszym poziomie w skali kraju jak ta z ładowarkami do samochodów.

Źródło
     Jaki z tego wszystkiego wniosek? Samochody elektryczne czeka świetlana przyszłość, jeśli znajdzie się sposób na wytrzymalsze baterie i łatwiejszy, bądź bardziej powszechny, sposób ekologicznego wytwarzania energii. Do tego dochodzi obniżenie kosztów produkcji oraz idących za tym cen samych pojazdów. Elektryfikacja motoryzacji jest nieunikniona i musimy się z nią pogodzić. Szkoda jednak, że umierają przez to silniki wolnossące i piękny dźwięk samochodów.


Tekst jest tylko wymianą moich indywidualnych spostrzeżeń i każdy może się z tym nie zgadzać.

Jeśli ktoś ma samochód elektryczny i chciałby przedstawić jak wygląda codzienne życie posiadacza takiego samochodu to zapraszam do udzielania się w komentarzach lub bezpośrednio do mnie na e-mail, a być może uda Nam się coś stworzyć.


Poniżej dorzucam Wam filmik, który niedawno znalazłem w sieci z wykorzystaniem Tesli jako samochodu wyścigowego